Zwyczajne życie, którego trzeba było bronić.
Jestem Bart. Można prościej: Ba. Mieszkam w Penmaen-Rhôs, w gminie Conwy, w północnej Walii — między światem Liverpoolu i Manchesteru a walijską zielenią, wiatrem, górami i morzem. Tutaj pracuję, uczę się, trenuję rugby i żyję na co dzień.
To mała wioska. Jest tu prawie zawsze zielono, często wietrznie i słonecznie. Znam sąsiadów z imienia, mam wielu kolegów i znajomych w okolicy. W przeciwieństwie do dużych miast tempo życia wydaje mi się tu bardzo szybkie, bo w ciągu dwudziestu minut mogę pójść do banku po gotówkę, na pocztę wysłać list i jeszcze zrobić zakupy. Wszystko jest proste, blisko i przyjemne. Praktycznie wszędzie chodzę pieszo zamiast korzystać z auta.
Zawodowo pracuję z domu jako specjalista IT i zarządzam projektami. Wcześniej, na różnych etapach życia, byłem policjantem, bankierem, mechanikiem, kasjerem i sadownikiem. Lubię aktywne spędzanie czasu: ćwiczenia, spacery w stronę gór albo morza, próbowanie nowych rzeczy. Gram w rugby, kiedy tylko jest okazja, ale jestem też trenerem tego sportu. Ostatnio nauczyłem się projektowania narzędzi, a gdy mój znajomy zapytał, czy nie zagrałbym z nim w grę planszową – zagrałem. Teraz siadamy do gry co jakiś czas.
W wolnym czasie często coś naprawiam — w domu albo dla znajomych. Auta, komputery, maszyny rolnicze, maszyny budowlane. Jeśli coś da się rozkręcić, sprawdzić i złożyć z powrotem, jest duża szansa, że mnie to zainteresuje.
Niedawno skończyłem studia MBA. Nie te ale nie te na Collegium Humanum, więc trwały kilka lat. Moja praca magisterska dotyczyła usprawnienia systemu zgłaszania przestępstw z nienawiści w północnej Walii. Przyglądałem się barierom, które utrudniają zgłaszanie takich zdarzeń różnym grupom, ze szczególnym naciskiem na przestępstwa motywowane orientacją seksualną i tożsamością płciową. Zaproponowałem korzystanie z metodologii Lean Six Sigma i PRINCE2, czyli systematycznego ograniczania strat i błędów, przy użyciu reguł zarządzania projektami. Kiedy byłem policjantem, zauważyłem, jak bardzo prawo brytyjskie nie chroni ludzi ze względu na orientację seksualną czy tożsamość płciową, i jak wiele barier istnieje, kiedy ktoś mówi: zdarzyło mi się to a to, proszę mi pomóc.
Codzienność jest zwykle pełna pracy i nauki, ale są w niej też rozmowy, znajomi, treningi, spacery, domowe sprawy i wieczory z serialami. Lubię science fiction, komedie i horrory. Moją guilty pleasure jest oglądanie całych seriali w kilka dni. Ostatnio oglądaliśmy „Battlestar Galactica”, „Babylon 5” i „Dobre Miejsce”. Potem pewnie przyjdzie czas na „Silos”.
Bardzo lubię też czytać różne wersje „Kociej kołyski” Kurta Vonneguta. To nietypowa książka: rozdziały mają najwyżej kilka stron, więc łatwo czyta się ją w biegu. Nauczyła mnie szybkiej zmiany punktu widzenia. A ja lubię zmieniać perspektywę. Lubię być ze znajomymi, ale też poznawać nowych ludzi. Patrzeć, jak układają sobie życie, a potem czasem spróbować czegoś nowego i interesującego. Dzięki temu nauczyłem się na przykład prowadzenia ciężarówki.
Ważna jest dla mnie wolność, ale taka, która mieści się w etycznym rozsądku. Wierzę, że ludzie są ze sobą powiązani: nie tylko dlatego, że jesteśmy tym samym gatunkiem, ale też dlatego, że żyjemy w tym samym świecie. Tym bardziej ma sens, żebyśmy traktowali się dobrze i pracowali na rzecz wspólnej przyszłości.
Z mężem jesteśmy razem od 2012 roku, a w tym roku obchodziliśmy dziesiątą rocznicę ślubu. Poznaliśmy się przez znajomych na studiach, a potem skojarzyliśmy się online. Zaskoczyło nas, jak wiele zainteresowań dzielimy i jak bliskie mamy wartości. Różnimy się chyba tylko wyglądem i trochę charakterami.
W czasie studiów pracowaliśmy, więc na spotkania zostawały nam głównie niektóre weekendy, mniej więcej co dwa tygodnie. Chcieliśmy być razem od pierwszego spotkania. Zakochałem się od razu i on mówi to samo. Od pierwszych chwil mogliśmy rozmawiać swobodnie, jakbyśmy znali się od zawsze. Bez skrępowania. Tamtego dnia obaj zrobiliśmy mnóstwo gaf, ale uznaliśmy, że to słodkie.
Nasze życie to seria zwykłych dni: pokazujemy sobie, co kto zauważył, wysyłamy ciekawostki, śmieszne filmiki, rozmawiamy. Taka jedna wielka randka od ponad dekady. Mój mąż imponuje mi wiedzą i ciekawością świata, choć mówi, że ja jemu też. Nie boimy się trudnych rozmów ani ważnych decyzji — nawet tych najtrudniejszych, jak walka o równość przed sądem.
Na co dzień robimy razem niemal wszystko, ale potrafimy też rozdzielić się na kilka godzin, dni czy tygodni, a potem opowiadać sobie o doświadczeniach. Rozmawiamy ze sobą codziennie od czternastu lat i zawsze mamy sobie coś do powiedzenia. W Walii czujemy się bardzo swobodnie.
Obowiązki dzielimy w miarę uczciwie. On rzadziej majsterkuje, ja rzadziej zajmuję się znajdowaniem pomysłów na dom. Każdy robi to, co woli, resztę ustalamy. Śmieszą nas podobne rzeczy. Mamy też swoje małe domowe tradycje, drobne żarty i rytuały, które pewnie z zewnątrz wyglądają niepozornie, ale dla nas są ważną częścią wspólnego życia. Jest też „kartka słuszności”, którą dostaje ten, kto niespodziewanie miał rację. Ostatnio trafiła do mnie, bo mój mąż w końcu skorzystał z kremu, który mu poleciłem i który bardzo mu pomógł, choć początkowo się wzbraniał. Do teraz trzymam tę kartkę w szufladce po swojej stronie łóżka.
Jesteśmy zwyczajni, ale staramy się dodawać życiu trochę smaku. Kiedy mamy czas, gotujemy razem. Wychodzi nam dobry obiad niedzielny, czyli sunday roast, i spaghetti. Oba dania wypracowaliśmy też w wersji wegańskiej, bo wiadomo, że czasami goście mają ograniczenia żywieniowe. Często robimy razem domowe naprawy. Paradoksalnie to on woli te komputerowe, a ja bardziej maszynowe i budowlane.
Część osób może kojarzyć mnie ze sprawy Andersen przeciwko Polsce przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. Byłem skarżącym. Przez osiem lat prosiłem o to, żeby polskie państwo transkrybowało nasze małżeństwo zawarte w Urzędzie Stanu Cywilnego w Conwy. Polska miała wiele okazji, żeby zmienić swoje postępowanie wobec takich par jak nasza, ale tego nie zrobiła. Po wyczerpaniu wszystkich możliwości krajowych sprawa trafiła do Strasburga.
Nawet wtedy liczyłem na ugodę. Zabiegałem o nią, bo nie chodziło mi o konflikt dla samego konfliktu. Chodziło o to, żeby nasze małżeństwo, legalnie zawarte za granicą, mogło zostać uznane także przez polskie państwo. Ugody jednak nie było. Wyrok zapadł 25 kwietnia 2025 roku. Wygraliśmy.
Dzięki temu przyszłość mojego męża w Unii Europejskiej jest bezpieczniejsza. Przy okazji bezpieczniejsza może być też przyszłość innych par — zwłaszcza tych, które nie mieszkają w Polsce, ale potrzebują uznania swojego małżeństwa przez polskie państwo. Dziś, kiedy te sprawy powoli zaczynają się porządkować, mam nadzieję na jak najszybszy powrót do zwyczajnego życia: pracy, nauki, sportu, domu, sąsiadów, znajomych. Jednocześnie nadal czuję potrzebę pilnowania, czy wyroki będą rzeczywiście wdrażane. Dlatego angażuję się także w tę kampanię.
Bo za sprawą sądową stoi konkretne życie. Nasze życie.
Długo staraliśmy się zachować anonimowość. Z czasem okazało się to niemożliwe. Być może jednak ujawnienie naszej historii pomogło pokazać, że za sprawą w Strasburgu stoją prawdziwi ludzie. Nie abstrakcyjny problem. Nie ideologia. Ludzie, którzy mają dom, pracę, rodzinę, znajomych, plany, zmęczenie, obowiązki i swoje małe rytuały.
Jako osoba LGBTQ+ mam do tej społeczności stosunek złożony. Ludzi można kategoryzować według płci, seksualności, miejsca zamieszkania czy zawodu. Bywa to praktyczne, ale tylko do pewnego stopnia. Ostatecznie jesteśmy częścią społeczeństwa, niezależnie od tego, czy się w jakiś sposób identyfikujemy, czy nie.
Każda osoba jest inna. Jeden wspólny mianownik nie oznacza, że mamy ze sobą wszystko wspólne. Możemy jednak szukać elementów, które nas łączą. W moim doświadczeniu ważniejszy od etykiet jest charakter, bo to on kieruje ludzi ku sobie albo przeciw sobie. Często łączą nas zupełnie inne sprawy niż seksualność czy płeć: doświadczenia, wartości, poczucie humoru, gotowość pomocy.
Znam osoby, które dobrze odnajdują się w organizacjach społecznościowych, i takie, które nie odnajdują się w nich wcale. Sam podchodzę sceptycznie do każdej organizacji, nie tylko społecznościowej, choć wiem, że wiele z nich ma dobre intencje i realnie pomaga. Spotykałem się jednak także z wykluczeniem, uprzedzeniami i komentarzami, które nie powinny mieć miejsca — również w przestrzeniach deklarujących otwartość. To sprawia, że nie zawsze czuję się tam dobrze.
Mam za to mnóstwo znajomych, najróżniejszych ludzi. Zawsze byłem ciekawy, jak inni żyją i jak możemy się wzajemnie wspierać. Mam dobre relacje z lesbijkami, osobami bi, gejami, osobami cis i trans. Kiedy trzeba wnieść lodówkę do mieszkania, nie ma znaczenia, kim jesteś. Ważne, czy masz siłę i możesz pomóc. A jeśli nie możesz, to czy potrafisz poprosić o pomoc. Etykietki bywają odczłowieczające, bo szufladkują ludzi i mogą ograniczać ich potencjał.
Angażuję się też w sprawy osób bezdomnych, uchodźczych i transpłciowych. To z pozoru trzy różne światy, ale łączy je jedno: ci ludzie wypadają z systemu wsparcia albo państwo ich z niego wypycha, a wtedy zaczyna się niepotrzebna spirala złych następstw. Widzę bardzo dużo wściekłej wrogości wobec tych grup, choć nie jest ona potrzebna i nikomu nie pomaga. Często wynika z niezrozumienia. Ale czy naprawdę musimy rozumieć ludzi w stu procentach, żeby zauważyć, że sposób ich traktowania jest niesprawiedliwy?
Nie czuję dumy z samego siebie. Duma zawsze była dla mnie trochę rozpraszającą przeszkodą w samorozwoju. Nie lubię spoczywać na laurach, bo uważam to za stratę czasu. Jestem jednak dumny z moich rodziców i dziadków, którzy przekazali mi wartości i umiejętności służące mi do dziś. Dzięki babci mogłem też nauczyć się języka mazowieckiego. Mam nadzieję, że kiedyś ludzie w Polsce zaczną bardziej cenić języki regionalne.
Jestem też dumny ze szpitali w Aintree i Whiston, blisko Liverpoolu, które uratowały mi życie i wspierały mojego męża, kiedy potrzebowałem pomocy. To doświadczenie pomogło mi zrozumieć, dlaczego formalizacja związków jest tak kluczowa. Kiedy człowiek trafia do szpitala, kiedy trzeba podejmować decyzje, kiedy potrzebne jest wsparcie, wtedy prawo przestaje być abstrakcją. Wtedy bardzo wyraźnie widać, komu system pozwala być rodziną, a komu każe to wciąż udowadniać.
Ostatnio jestem też dumny z Urzędu Stanu Cywilnego w Goszczynie, zwłaszcza z jego kierownika, który mimo politycznych i społecznych nacisków wstawił się za naszą transkrypcją, zasadami dobrej administracji oraz rządami prawa. Nie tylko zadeklarował gotowość przeprowadzenia transkrypcji małżeństwa osób tej samej płci jako pierwszy USC w Polsce, ale też uzasadnił to obszernym pismem. Trzeba odwagi, żeby naprawić błąd sprzed lat. A dążenie z własnej inicjatywy do naprawienia tego błędu to już zupełnie inny poziom.
Osobom, które rzadko mają kontakt z parami jednopłciowymi, chciałbym powiedzieć: brak takiego kontaktu to jeszcze nie homofobia. Mnóstwo osób nigdy świadomie takiej pary nie spotkało, a mimo to nie ma uprzedzeń ani złej woli. Wiedzą, że stereotyp to uproszczenie. Bywa zabawny w komedii, ale prawdziwe życie jest dużo bogatsze. Jeśli ktoś patrzy przez uprzedzenia, warto się opamiętać. Większość ludzi reaguje rozsądnie i życzliwie, zwłaszcza kiedy temat par osób tej samej płci przestaje być abstrakcją, a staje się konkretnymi ludźmi. Wiele osób chce mieć rodzinę. Rodziny mają różne formy. Czasem potrzeba jej rzadszej formy.
To trochę jak z leworęcznością. Kiedyś próbowano ją na siłę „naprawiać”. Dziś wiadomo, że to po prostu jedna z naturalnych cech u ludzi. Tak samo naturalne jest to, że część osób jest lesbijkami, gejami, osobami biseksualnymi, transpłciowymi i tak dalej. Zwykle ludzie chcą w życiu samorealizacji, odrobiny szczęścia i zadowolenia, żeby przeżyć to życie dobrze. To nas łączy.
Dlatego tak bolesne jest, kiedy inni wtrącają się komuś do życia i próbują je „naprawiać”. Dla mnie to forma wandalizmu. Niezależnie od tego, jak ludzie będą się do nas odnosić, istniejemy od zawsze. Coraz częściej nie zamierzamy planować życia pod cudzy poklask. Szkoda na to czasu, który można przeznaczyć na naukę, pracę i relacje z ludźmi.
Nie chcę wyjątkowego traktowania. Chcę, żeby nasze życie mogło być traktowane poważnie — także przez państwo. Żeby małżeństwo nie znikało tylko dlatego, że przekracza granicę. Żeby człowiek nie musiał przez osiem lat tłumaczyć, że jego rodzina istnieje.
Bo istnieje. Tak samo jak każda inna.